MKDNiS logo Czarne 1

Program Ochrona zabytków
Zadanie pn. Drozdowo, dwór Lutosławskich, Muzeum Przyrody
(XIX w.): wymiana pokrycia dachowego wraz z rynnami,
wymiana świetlika oraz renowacja kominów w części willowej
muzeum dofinansowano ze środków
Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu

01 Park dawniej

Dawnym polskim dworom zawsze towarzyszyły parki, sady i aleje drzewne. Dlatego też często mówimy o tak zwanych założeniach parkowo-dworskich, czyli unikatowym połączeniu zabytkowych budowli oraz ich pięknie urządzonego otoczenia. Nie inaczej było w Drozdowie w majątku Lutosławskich. Dziś każdy kto odwiedzi drozdowskie muzeum ma okazję pospacerować po całkiem sporym przymuzealnym parku, alejach lipowej oraz grabowej, zobaczyć staw (stawy też często znajdowały się nieopodal siedzib szlachty i ziemian) czy urządzony na środku posesji parkowej klomb. Łączą się tu dwa podstawowe style: francuski kojarzony najczęściej z ogrodami barokowymi, w którym wszytko ma być symetryczne i przemyślane oraz styl angielski, czasem nazywany „dzikim”, w którym preferowana jest naturalność, niesymetryczność i swoboda. Pozostałością ostatniego elementu w parku muzealnym jest dzika część zwana „Ostoją drozdowską”, gdzie widzimy scenerię wykrotów i powalonych drzew, a natura gospodaruje tu sama. Łączna powierzchnia parku przy Muzeum Przyrody – Dworze Lutosławskich w Drozdowie to 2,89 ha. Trzeba powiedzieć: niemało, ale w porównaniu z dawnym majątkiem Lutosławskich, jest to tylko część niegdyś bardzo obszernego założenia parkowego.

Nastoletni Henryk Lutosławski

Fot. Nastoletni Henryk Lutosławski na wakacjach w Drozdowie - zbiory rodzinne.

Myli się jednak ten, który myśli, że Jerzy lub Zbigniew Lutosławscy wyróżnili się najbardziej spośród bliskich krewnych w trakcie służby wojskowej. Otóż nie. Z całą pewnością można stwierdzić, że celująco wypadł Henryk Gabriel Lutosławski, młodszy brat Jerzego. Urodził się w Drozdowie 14 maja 1909 r. Jak wyżej opisani w czasie I wojny światowej znalazł się wraz z bliskimi w Rosji, gdzie stracił ojca zamordowanego przez bolszewików. Po powrocie z wygnania miał przed sobą lata edukacji w humanistycznym Gimnazjum Staszica w Warszawie ukończonym w 1927 r. oraz na SGGW w Warszawie. Studia trwały do 1931 r., kiedy to uzyskał tytuł rolnika inżyniera z odznaczeniem. Służbę wojskową rozpoczął 12 sierpnia 1932 r. Oczywiście poszedł w ślady braci wybierając artylerię. Na podstawie późniejszych opinii przełożonych wypada wnioskować, że był on pod dużym wpływem obserwacji „przeprawy wojskowej” jaką mieli krewniacy. Z pewnością ich wiedza posłużyła także przyszłemu oficerowi w przygotowaniach do najszybszego zdobywania kompetencji, potwierdzonych nieporównywalnym tempem awansowania wśród towarzyszy broni i krewnych w czasie pokoju. Nim jednak zasłużył na szlify awansował z kanoniera na bombardiera, kaprala, a po kursie podchorążych artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim w latach 1932/1933 – plutonowego podchorążego rezerwy. Warto podkreślić, że szkołę podchorążych ukończył z lokatą nr 1/72. Ostatnie miesiące służby czynnej spędził w składzie 12 DAK w Ostrołęce, gdzie awansował na ogniomistrza podchorążego. Następnie jako rezerwista w 1934 r. odbywał kilkutygodniowe ćwiczenia, po których otrzymał awans na starszego ogniomistrza podchorążego rezerwy. Stopień podporucznika rezerwy otrzymał ze starszeństwem od 1 stycznia 1935 r. W opinii przełożonych wyróżniał się na stanowisku dowódcy plutonu jako: „Bardzo dobry oficer artylerii – dowodzenie plutonem sprawował bardzo dobrze, kandydat na dowódcę baterii. Bardzo dobry jako instruktor, wychowawca i rozkazodawca”. Pisał tak m.in. dowódca baterii szkoleniowej kpt. Walenty Rakowski. Ponadto doceniał podkomendnego, gdyż był to: „Wyróżniający – najlepszy z oficerów rezerwy (jakich dotychczas na ćwiczeniach spotkałem)”. Wymieniony kapitan stwierdził nawet, że ”Nie ustępuje w niczem najlepszym oficerom zawodowym, tak pod względem wiadomości jak i dowodzenia”. Uznał, że Henryk Lutosławski osiągnął tak wyjątkowe wyniki na ćwiczeniach: „Dzięki wyjątkowym zdolnościom oraz pogłębieniu wiedzy wojskowej i artyleryjskiej w rezerwie przybył na ćwiczenia zupełnie przygotowany, a czas w baterii wykorzystał na zaznajomienie się z pracą tej baterii”. Z tą opinią zgadzał się całkowicie ppłk Władysław Kaliszek, dowódca 12 DAK.

1922 Franciszek Zbigniew Henryk Witold Jerzy Zofia Hanna

fot. W centrum ks. Kazimierz, od lewej Franciszek, Zbigniew, Henryk, Witold, Zofia, Hanna i Jerzy Lutosławscy - zbiory rodzinne

Wiele cech wspólnych zamiłowań nie tylko wojskowych wykazywał Zbigniew Lutosławski syn Mariana i Marii z Zielińskich, urodzony 17 stycznia 1904 r. Już w 1920 r. próbował wstąpić na ochotnika do wojska przygotowywanego do obrony stolicy, jednakże z uwagi na młody wiek został skierowany do oddziałów pomocniczych. W czerwcu 1922 r. złożył egzamin maturalny w Ośmioklasowym Gimnazjum Męskim Kazimierza Kulwiecia w Warszawie i rozpoczął studia w Gdańsku na politechnice. W listopadzie 1927 r. uzyskał tytuł dyplomowanego inżyniera na Wydziale Maszynowo-Elektrotechnicznym. Młodszy brat wymienionego Franciszka wykazywał wybitne cechy dobrego żołnierza. Jeżeli komuś miała przydarzyć się plama na mundurze, to z pewnością nie jemu. W trakcie przebiegu służby wojskowej uznawany był za wzór godny naśladowania. Kurs podchorążych artylerii ukończył w czerwcu 1930 r. uzyskując 1 lokatę spośród 76 kursantów. Jako plutonowy podchorąży rezerwy został przydzielony do 1 DAK, w którym odbywał ćwiczenia polowe w 1932 r. Ze starszeństwem od 1 stycznia 1933 roku uzyskał stopień ppor. rezerwy artylerii. Zwieńczeniem zdobywania umiejętności polowych okazały się 6-tygodniowe ćwiczenia rezerwy na kursie oficerów zwiadu Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu w lipcu i sierpniu 1935 r. Wówczas też przełożeni po raz kolejny nie pozostawili choćby cienia wątpliwości, co do umiejętności kursanta: „Bardzo inteligentny o wybitnej inicjatywie. B. duże poczucie honoru i godności osobistej, ambitny, charakter wyrobiony, o dużej sile woli, b. stanowczy, ambicja pracy, obowiązkowość i pilność, koleżeński, solidarny, zdyscyplinowany, lojalność służbowa bez zarzutu”. Wysoko oceniono jego wyrobienie fizyczne: „B. dobrze zbudowany, prezencja wzorowa, ruchliwy, wytrzymały, odnowił odznakę POS, bez nałogów. Wymowa dobra”. Pochwał nie szczędzono także względem umysłowości: „Inteligencja wybitna, logiczny, bez upośledzeń, bystry, pamięć i zdolność uczenia się b. duża. Porządny. Łatwo i umiejętnie zdobywa nowe wiadomości”. Nie inaczej wypadła ocena wartości zawodowych: „Bardzo duże zdolności wojskowe, posiada dużo dobrych cech dowódcy, b. dobry rozkazodawca, wymagający. Zdolności musztrowania b. duże”. Ocena zdolności organizacyjnych, kierowniczych i wychowawczych sumowała ogólną opinię: „B. dobry organizator pracy w terenie, samodzielny, rzutki, w pracy skrupulatny, sumienny i dokładny. Zaradny. Potrafi narzucić swą wolę otoczeniu, uparty w decyzji, rygor znosi łatwo. W zupełności nadaje się na oficera zwiadowczego dyonu i na funkcję oficera pocztu dowódcy dyonu”.

Rodzina Sofii i Wincentego Lutosławskich

fot. Rodzina Sofii i Wincentego Lutosławskich - zbiory rodzinne

Goszcząc

Rozliczne kontakty nawiązywane przez Lutosławskiego, młodego filozofa–badacza w trakcie tworzenia zrębów dorobku naukowego oraz w późniejszym życiu małżeńskim i zawodowym wiązały się z wolną wymianą myśli, która towarzyszyła spotkaniom, wizytom i rewizytom, a potem twórczemu uczestniczeniu i pośredniczeniu w działalności narodowej. Wszędzie gdzie rodzina pojawiała się byli też ich goście. Sofia emanując poczuciem szacunku, szczerej przyjaźni i serdeczności zjednywała osoby o różnych poglądach i zainteresowaniach twórczych. I do Drozdowa ściągali zaproszeni goście, poznani w trakcie wypraw naukowych. W 1895 roku na kilka tygodni odwiedzili Wincentego publicysta włoski Wilhelm Ferrero i językoznawca Jan Baudouin de Courtenay. Ten wyjątkowy rok spędzony wraz z rodziną w dworze Lutosławskich (1894–1895) przerwał rodzinny dramat w dniu 17 września. Po kilkudniowej chorobie na dyzenterię umarła córeczka Jadwisia. Bezradni rodzice szukając azylu wyjechali do Hiszpanii. Tam kilka miesięcy spędził u nich w Mera Fitzmaurice Kelly znawca hiszpańskiej literatury, profesor tego przedmiotu na Londyńskim Uniwersytecie. Dłuższe przebywanie gości miało obopólne znaczenie, jak w przypadku Kellyego, który uczył Lutosławskiego cech pisarstwa brytyjskiego, czy małżeństwa Micińskich, których Lutosławscy wyswatali. Przy okazji narzeczeni byli pierwszymi słuchaczami kursu metafizyki, który potraktowali jako nauki przedmałżeńskie. Na prośbę Micińskiego Wincenty zaprosił też literata Przybyszewskiego wraz z żoną. W Mera toczyły się różne dyskusje, nadzwyczaj ożywione.

Lutosławscy i ich goście w Drozdowie

Rodzina Lutosławskich i ich goście w Drozdowie - zbiory rodzinne

 

Przede wszystkim praca

Po ślubie Wincenty był zbyt pochłonięty własnymi zagadnieniami osobistymi, aby baczniej zwracać uwagę na poznawanych ludzi. Zastanawiał się, jak pogodzić małżeństwo i utworzenie rodziny z pracą naukową. Tymczasem musiał napisać rozprawę magisterską, aby otrzymać stopień i zacząć prace na uniwersytecie. W zasadzie lata małżeństwa do 1899 r. pochłonęła praca naukowa Wincentego, który w myśl zaleceń ojca postanowił uzyskać odpowiednią pozycję zawodową, stanowiącą podstawę niezależnego bytu, na co nalegał ojciec, zawsze ostrzegając synów, by oni na jego majątek nie liczyli, gdyż on sam ten majątek własną pracą zbudował i może go w całości zapisać na cele publiczne, pozostawiając dzieciom tylko tyle, ile sam po swym ojcu odziedziczył1. Samodzielne badania związane z magisterium w Dorpacie w listopadzie 1887 r., następnie wyjazd naukowy do Moskwy i Londynu, kilkuletni pobyt na docenturze w Kazaniu z urlopami naukowymi spędzonymi na zachodzie Europy i w USA doprowadziły do uzyskania doktoratu w Finlandzkim Helsingfors w październiku 1898 r.

Wincenty i Zofia Lutosławsy Madryt 1887 r.

Wincenty i Zofia Lutosławsy, Madryt 1887 r.

Filozof Wincenty Lutosławski urodzony w podłomżyńskim Drozdowie oraz jego żona Sofia Eguia Casanova, hiszpańska pisarka i poetka pragnęli stworzyć związek oparty na poszanowaniu osobistych wartości, wnosząc do rodzinnego ogniska domowego narodowe tradycje, wśród których szczególnego znaczenia nabrały sobremesa zaczerpnięte wprost ze zwyczajów półwyspu iberyjskiego. Oznaczały czas po posiłku spędzony na rozmowie z rodziną. Dla Wincentego i Sofii, łaknących kontaktu ze światem polskiej kultury, stały się one przestrzenią spotkań w szerszym gronie, z uwagi na co z czasem nazwano je „salonem hiszpańskim” na cześć pani domu.

Jednakże, by pojąć za żonę Hiszpankę wpierw Wincenty musiał odbyć długą i niebezpieczną podróż przez Europę. Aż pewnego razu poczuł coś, czego nie potrafił nazwać, bo zupełnie nie pasowało do jego dotychczasowego zapatrywania na świat i w związku z tym wydało mu się nad wyraz ważne.

Franciszek Lutosławski (1899-1944), Warszawa 1920  Szczęsny Bogdan Lutosławski (1902-1942)

Fotografie ze zbiorów rodzinnych

W tradycyjnym ujęciu przedstawiciele rodzin ziemiańskich, wspominani są ze szczególnym akcentem w kontekście kawaleryjskiej służby Ojczyźnie. Sięgająca dziejów piastowskich tradycja przetrwała wiele prób. Nastały jednak czasy przełomu w technice wojskowej na polach bitewnych I wojny światowej, a wraz z nim tworzenie nowych rodzajów elitarnych formacji wojskowych. Miejsce awangardy młodego pokolenia o korzeniach ziemiańskich zdefiniowały jeszcze klarowniej realia wojny 1920 r., czego wyjątkowo czytelny przykład stanowią m.in. bracia stryjeczni z rodziny Lutosławskich.

Bracia Lutosławscy Tygodnik Ilustrowany 1918 nr 38

– Kruche jest życie – pomyślał pewnie niejeden uczestnik uroczystości pogrzebowych przedwcześnie zmarłego przyjaciela, przewodnika duchowego czy życiowego. W trudnych chwilach wojny, epidemii czy katastrofy śmierć zbiera obfite żniwo, ale i straty są najdotkliwsze w takich okolicznościach. Nie pora wówczas na mówienie o pamięci czy wdzięczności, bo jak napisał Juliusz Słowacki: „Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy”. Otrzeźwienie i czas refleksji też nastaje. Trzeba jednak stosownej chwili i ludzkiej pamięci, by właściwie upamiętnić zwłaszcza nielicznych, którym wielu zawdzięcza bardzo wiele, a może nawet życie.

Z Chylami

Artysta wizualny Andrzej Cwalina, dla wielu znany jako lubelski malarz, grafik i fotografik ma łomżyńskie korzenie ze strony ojca. Z Drozdowem i Łomżą łączą go także osobiste wspomnienia związane z pracą i życiem na przestrzeni lat 80. XX w. Ostatnia wizyta w Drozdowie stała się kanwą jego opowieści o latach spędzonych na Ziemi Łomżyńskiej.