Jacek Szymański

Z Jackiem Szymańskim, tenorem Opery Bałtyckiej w Gdańsku, pomysłodawcą i dyrektorem artystycznym Festiwalu Muzyczne Dni Drozdowo-Łomża rozmawia Zbigniew Biernacki

Jacku, od kiedy zaczęło się Twoje zainteresowanie muzyką operową i jakie były początki?

Już od dzieciństwa podobała mi się muzyka operowa i symfoniczna. Kiedyś były takie telewizyjne programy muzyczne prowadzone przez Bogusława Kaczyńskiego pt. „Operowe qui pro quo" oraz cykliczne poranki symfoniczne z Filharmonii Narodowej prowadzone przez polskiego wybitnego dyrygenta Henryka Czyża zatytułowane „Nie taki diabeł straszny".

Czyż opowiadał o tym co dzieje się w nutach i muzyce danego utworu, natomiast Kaczyński prezentował operetki i fragmenty arii operowych. Bardzo lubiłem słuchać i oglądać te audycje. Moja mama bardzo się temu dziwiła, że taki dzieciak ogląda takie poważne programy   i z wielką uwagą wsłuchuje się w prezentowane tam arie operowe i fragmenty koncertów symfonicznych. Poza muzyką poważną nie interesowała mnie żadna muzyka. Te upodobania drzemały we mnie i tkwiły gdzieś w mojej naturze od dzieciństwa.

Jacek Szymański

Kiedy zostałem ministrantem w Katedrze Łomżyńskiej,  to oprócz tego, że zafascynowany byłem samą liturgią,  tym co się dzieje na stole liturgicznym i myślałem też, aby zostać księdzem - to jednocześnie lubiłem słuchać Pana Stanisława Winiarskiego, bardzo dobrego organisty liturgicznego. W swoim życiu uczestniczyłem w wielu nabożeństwach i nie ważne, czy był to kościół w małym miasteczku, czy w dużej metropolii - zawsze coś mi nie pasowało, coś drażniło i przeszkadzało w prowadzeniu muzycznym liturgii. Z wielu organistów jakich wysłuchałem, jedynie Pan Winiarski trzymał się prawidłowo harmonii i rytmu bazując na starych pieśniach ze Śpiewnika Siedleckiego, czyli na starym zbiorze śpiewów liturgicznych , mszalnych, pieśni przygodnych, Maryjnych, ku czci Pana Jezusa, ku chwale Boga Ojca i wszelkich innych modlitwach. W tej chwili ze wszystkich znanych mi kościołów jeszcze tylko w Łomżyńskiej Katedrze można posłuchać prawidłowo prowadzonej muzycznie liturgii.

Wspomniałeś o fascynacji liturgią i o tym, że chciałeś zostać księdzem, a zostałeś śpiewakiem operowym. Kiedy zacząłeś śpiewać?

Gdy służyłem do mszy, to bardzo lubiłem słuchać Pana Winiarskiego, który świetnie prowadził np. gorzkie żale, ale też wspaniale śpiewał i miał piękny głos. Prowadził najlepszy na naszym terenie chór diecezjalny, który był jednym z lepszych chórów w Polsce. Fascynowało mnie to co robił, ponieważ chór nie ograniczał się do wykonywania prostych „utworków" liturgicznych, ale śpiewał poważne fragmenty utworów kantatowo-oratoryjnych. W repertuarze chóru były m.in. utwory A. Dworaka, Gorczyckiego czy J. Różyckiego Były to swojego rodzaju „perełki" barokowych kompozytorów wykonywane obecnie tylko przez zawodowe zespoły. Twórczość chóru pod kierownictwem Pana Winiarskiego fascynowała mnie do tego stopnia, że będąc w średniej  szkole postanowiłem przenieść się z prezbiterium na chór muzyczny i tak to się zaczęło...  Poprzez śpiewanie w chórze katedralnym mój głos zaczął się rozwijać, a ja powoli się umuzykalniałem. Efektem tego zostałem kantorem-psalmistą czyli jak można to nazwać dzisiaj - solistą. Moim pierwszym nauczycielem od spraw muzycznych został Pan Winiarski, a w tajniki chorału gregoriańskiego wprowadzał mnie Ks. Mieczysław Dworakowski, który współpracował z chórem katedralnym jako akompaniator i jednocześnie był wykładowcą muzyki kościelnej w Wyższym Seminarium Duchownym w Łomży. Ks. Dworakowski nauczył mnie muzyki od podstaw czyli opartej nie na nutach i pięciolinii, lecz na neumach i czterolinii. Dzięki tym naukom potrafię dziś czytać chorał gregoriański i na okoliczność święcenia naszego Biskupa Tadeusza Bronakowskiego nagrałem m.in. 18 profacji. Ks. Dworakowski i Pan Winiarski wprowadzili mnie w te wszystkie prawidłowości uporządkowanej muzyki. To oni właśnie byli moimi pierwszymi nauczycielami. Nieco później Ks. Dworakowski znalazł mi nauczycielkę, która zajęła się profesjonalnym kształceniem moich umiejętności wokalnych i muzycznych. Była to Pani Zofia Hamerlak-Gładyszewska - dr nauk humanistycznych Uniwersytetu Białostockiego, muzykolog, śpiewaczka, dyrygent chóru Akademii Medycznej w Białymstoku oraz dziennikarka Radia Białystok. Pani doktor w latach poprzednich śpiewała w operze krakowskiej oraz w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Cotygodniowe wyjazdy do Białegostoku były dość uciążliwe zwłaszcza, że w Łomży równolegle chodziłem przecież do szkoły średniej (najpierw „Budowlanka", a później liceum) i uczęszczałem do Państwowej Szkoły Muzycznej II Stopnia w klasie wokalnej, w której uczyła mnie dyrektorka szkoły - Pani Elżbieta Leszczyńska. Oprócz tego kształciłem się w Instytucie Muzyki Sakralnej przy Kurii Diecezjalnej w Łomży. Po maturze w 1985 roku do czasu uzyskania dyplomu średniej szkoły muzycznej przez okres dwóch lat współpracowałem z Tygodnikiem „Kontakty", w którym (pod pseudonimem) opisywałem wydarzenia muzyczne.

Na jednym z koncertów festiwalowych powiedziałeś „Moja Katedra..."

To prawda, zawsze tak mówiłem i zawsze będę używał tego określenia. Tu odbył się mój chrzest, pierwsza Komunia Św., bierzmowanie, lata ministrantury, chór... To jest moja Katedra! Jestem szczęśliwy, że za sprawą gospodarzy - proboszcza Katedry Ks. kanonika  Mariana Mieczkowskiego i Ks. Biskupa Stanisława Stefanka moja katedra jest remontowana i odzyskuje powoli swój dawny blask.



W następnej części rozmowy Jacek Szymański opowie o studiach muzycznych i swojej pracy zawodowej.

Część druga rozmowy

Część trzecia rozmowy

Additional information