Aleksander Pieńkowski Wspomnienia 1919-1921

okładka książki Aleksander Pieńkowski Wspomnienia 1919-1921Serdecznie zapraszamy do lektury premierowego wydania wojennych wspomnień Aleksandra Pieńkowskiego z Drozdowa. Obejmujące lata 1919-1921 zapiski będziemy publikować na naszej stronie internetowej w zakładce "Poczytaj książkę". Pierwszy rozdział ukaże się w bieżącym tygodniu. A już teraz prezentujemy wprowadzenie do treści publikacji.

 

 

 

 

 

 

 

Wprowadzenie

 

            Oddana do państwa rąk publikacja jest drugim dziełem wspomnieniowym Aleksandra Pieńkowskiego. W 2016 roku pod tytułem „Pamiętnik drozdowiaka” Łomżyńskie Towarzystwo Naukowe im. Wagów opublikowało autobiograficzną historię z lat II wojny światowej. Autor opisał w niej przeżycia z czasów, gdy po raz drugi znalazł się na wojnie, początkowo w roli radzieckiego aresztanta, by następnie jako amnestionowany przejść bliskowschodni szlak II Korpusu Polskiego w 1943 roku. W aktualnie publikowanym tomie zawarte są wcześniejsze wspomnienia dotyczące szlaku bojowego autora z lat 1919-1921. Wówczas wraz z innymi poborowymi z roczników 1896-1897 zmobilizowanymi przez Powiatową Komendę Uzupełnień w Łomży wyruszył na południowy front do Galicji. Wcielony do 38 pp brał udział w walkach w trakcie ofensywy ukraińskiej w 1919 r., a następnie bolszewickiej.  

Aleksander Pieńkowski

 Wspomnienia 1919–1920

W 1919 r. w maju, gdy wojna toczyła się o granice Polski na wschodzie z wojskami bolszewickimi, na południu z Ukraińcami, a na zachodzie trwały ciągłe utarczki z najgorszym naszym wrogiem Niemcami, przeważnie o Górny i Dolny Śląsk, Józef Piłsudski, pierwszy twórca wojska polskiego, miał już je zorganizowane. Było go jednak za mało na trzy fronty. Ukonstytuowany tymczasowy Rząd Polski, który mianował Józefa Piłsudskiego naczelnym wodzem sił zbrojnych, uchwalił pobór do wojska roczników 1898 i 1899. Ponieważ jednak nadal brakowało żołnierzy, zostały powołane roczniki 1897 i 1896. Z tych roczników byłem ja powołany do wojska i razem ze mną śp. Bolesław Baranowski, Bolesław Dziemiński, Józef Klewicki i Franciszek Dybicz – razem pięciu z Drozdowa. Z Piątnicy – Antoni Tomaszewski,  Feliks Wiśniewski i kilku innych. Z Krzewa –  Feliks Wykowski, Antoni Dąbrowski, Kruszewski i inni. Z Czarnocina – dwóch braci stryjecznych Potockich, Aleksander Kijek i jeszcze kilku innych. Ze Starej Łomży – Antoni Dąbrowski, Teodor Kalinowski i inni. Z Łomży – między innymi Bolesław Rzotkiewicz i Bolesław Książek.

            Z całych dwóch powiatów, łomżyńskiego i  sokólskiego, było nas razem około dwóch tysięcy poborowych. Powieźli wszystkich razem pociągiem przez Warszawę, Częstochowę, Kraków, Lwów, aż do Jaworowa, małego miasta jakieś 30 kilometrów za Lwowem. Po dwóch tygodniach z powrotem zawieźli nas do Lwowa i zakwaterowali w szkole Sienkiewicza. Tam otrzymaliśmy karabiny austriackie Mannlichery[1] – stare i niektóre zardzewiałe, bo za rządu austriackiego były różnymi sposobami kradzione i ukrywane w ziemi przez Polaków.  Podobnie naboje całymi skrzyniami zakopywano, bo Polacy szykowali się do powstania przeciwko zaborcom: Austrii, Rosji i Niemcom.

Wspomnienia 1919–1920

Odcinek 2 

Nasza kompania już się okopała pomiędzy polem i łąką, a wykopanych rowach podeszła woda. Kładziono kępy z murawą przy rowie od strony nieprzyjaciela, na nie karabiny, a w rowy pod kolana kładki z gałęzi, z olszyny, do której było jakieś 40 metrów. Gdy tylko przyszedłem, porucznik Stark zapytał mnie, co tam się działo na przedpolu, że takie strzały z karabinów było słychać. Mówię, że nadszedł oddział około czterdziestu Ukraińców i strzelaliśmy do nich, a oni do nas. Porucznik patrzy na mnie i pyta, co sobie zrobiłem, że mam na twarzy krew i sadze. Odpowiadam, że nie wiem, co się stało. Celowałem do Ukraińca który podchodził naprzeciw, pociągnąłem za cyngiel i od razu się to zrobiło. Mówi, że to się nie mogło samo tak stać. Wziął mój karabin z ramienia, odciągnął zamek i wyjął magazynek, w którym siedziała łuska, a w niej był niewystrzelony nabój. W łusce koło kapiszona była dziura, przez którą proch z ogniem nie wysadził kuli do przodu, tylko przez zamek do tyłu i okopcił mi twarz dymem, najbardziej prawy policzek i prawe oko. Nie wiem, dlaczego wszystek proch się nie spalił. W szpitalu we Lwowie wyjęli mi z oka cztery wiórki prochu i kilka z policzka. Dowódca kompanii, porucznik Stark, gdy wyjął z magazynka tę łuskę z niewystrzeloną kulą, powiedział: „Byłem na wojnie austriacko-rosyjskiej, czegoś podobnego nie widziałem i myślałem, że ty to sam sobie umyślnie zrobiłeś. Gdyby tak było, poszedłbyś pod sąd polowy i za to kula w łeb by cię nie ominęła”.

Wspomnienia 1919–1920

Odcinek 3

Przyszedłszy do wioski, zbliżyłem się do domu, w którym paliło się światło. Wychodził z niego żołnierz. Zapytałem, gdzie tu jest lekarz. Odpowiedział, że właśnie w tym budynku. Wchodzę i widzę kapitana. „Panie kapitanie, proszę o jakiś opatrunek” – mówię.  Od rana byłem usmarowany krwią i sadzą. Spojrzał na mnie i powiada: „A ty, draniu, coś sobie zrobił!?”. „Ja, panie kapitanie, ja sobie nic nie zrobiłem. To karabin, gdym strzelił, nie wysadził kuli do przodu tylko do tyłu”. On jednak nie słuchał, tylko krzyknął na żołnierza: „Zaprowadź go do stodoły! A jutro pójdzie pod sąd i na rozstrzał. Takich różnych kombinatorów jest dużo, ale to im płazem nie ujdzie!?”. Żołnierz zabrał mój karabin i przyprowadził mnie przed stodołę, przy której stały posterunki po rogach, z przodu i z tyłu. Gdy wszedłem do środka, już było tam ze trzydziestu zatrzymanych jako dezerterów. Jutro wszyscy mieli iść pod sąd i być rozstrzelani. Nikt nie spał, każdy był przejęty, co z nim będzie.

            Rano, gdy tylko się rozwidniło, wyprowadzani byli ze skrzynkami amunicji,  sanitariusze z noszami, to ze szpulką drutu telefonicznego. Wszystko z tej ciemnej nocy. Gdy już wszystkich poodsyłali do oddziałów, po mnie ostatniego przyszedł żołnierz i zaprowadził do lekarza. Ten znowu pyta, co ja sobie zrobiłem, i mówi: „Lepiej powiedz prawdę”. Odpowiedziałem tak samo jak wczoraj wieczorem. Nie od razu uwierzył, że naprawdę karabin nie wystrzelił kuli. „Panie kapitanie, nich pan zatelefonuje do mojego dowódcy kompanii, porucznika Starka. Gdy wróciłem z patrolu, też nie wierzył, ale wziął karabin z mego ramienia, otworzył zamek i wyciągnął łuskę, w której siedział niewystrzelony nabój”. Gdy to powiedziałem, cały czas stojąc, kazał mi siąść na krześle i zaczął mnie opatrywać. Obmył mi twarz i dał skierowanie do szpitala polowego, który mieścił się na kilku wozach parokonnych.

Aleksander Pieńkowski

 Wspomnienia 1919–1920

Odcinek 4

Miałem skierowanie na ulicę Kurkową, na oddział oczny. Ten szpital znajdował się  niedaleko, więc zaraz poszedłem zameldować się do kancelarii. W tym czasie był tam major, naczelny lekarz całego szpitala. Gdy położyłem skierowanie, wziął je do ręki, przeczytał i sam mnie odbandażował, popatrzył w oczy i zaprowadził na salę operacyjną.

            Zaraz przyszła sanitariuszka i pięciu sanitariuszy. Major kazał mi wejść na stół operacyjny i się położyć. Dwóch sanitariuszy wzięło mnie za nogi, dwóch chwyciło za ręce, a piąty trzymał głowę. Sanitariuszka podeszła z naczyniem, w którym widziałem jakby maszynkę do szczepienia. Major obmył mi prawe oko i twarz, potem wziął tę maszynkę i zaczął mi dłubać w oku. Ból był niesamowity, ale nie mogłem się ruszyć, bo mnie trzymali. Major powiedział tylko: „Leżcie spokojnie, już niedługo będzie dobrze. Chwila”. I  dalej dłubał maszynką, odkładając coś na biały papier. Potem powiedział sanitariuszce, żeby przyniosła jakieś lekarstwo. Wpuszczał mi je kroplami do oka. Miałem od tego nowy ból w oczach, ale leżałem spokojnie, bo wiedziałem, że leczenie jest potrzebne i że zabieg niedługo się skończy.

            Potem sanitariuszka zmywała mi całą połowę twarzy, która była powierzchownie podrapana prochem. Używała płynu śmierdzącego jak benzyna i szorstkiej gazy, przyciskając ją, żeby wszystko zmyć z twarzy. W czasie mycia i po myciu piekło mnie i w oku, i połowa twarzy. Potem obandażowała razem oko i twarz, a na głowie zawiązała węzeł. Wzięła za rękę i poprowadziła na salę do wolnego łóżka. Na nim było czyste prześcieradło, jakaś poduszeczka i koc do przykrywania się.

Aleksander Pieńkowski

 Wspomnienia 1919–1920

Odcinek 5

Drugiego dnia przyjechałem do Przemyśla i w kancelarii w kadrze zameldowałem swój powrót. Na front mnie nie odesłali, bo nowy batalion 38. Pułku Piechoty Strzelców Lwowskich przygotowywali do wysłania – teraz na front nie z Ukraińcami, a z wojskami bolszewickimi. Dowódca Ukraińców, ataman Petlura, już wówczas zmienił plany. Głosił, że jak Kijów będzie stolicą i Ukraina będzie miała swój rząd, który ogłosi pobór do wojska w całym kraju, bolszewicy zostaną przepędzeni i Ukraina stanie się wolna.

            Wojna w Galicji Wschodniej szybko się skończyła, gdy przyjechała bardzo dobrze uzbrojona dywizja hallerczyków z Francji pod dowództwem Józefa Hallera. Pierwszy bój był o miasto Złoczów, które my opuściliśmy dzień wcześniej. Już na drugi dzień, po dwóch godzinach ostrzału z artylerii, w godzinę Złoczów był przez nasze wojsko zdobyty. W małych miastach bitew nie było, bo Ukraińcy cofali się do Tarnopola. Tam był zacięty bój. Ukraińcy się bronili, a nasi atakowali i po paru godzinach Ukraińcy w popłochu się wycofali, a nasze wojsko wkroczyło. Do samej granicy, około małego miasta Husiatyn nad Zbruczem, zdarzały się tylko małe utarczki patroli, a dalej wojsko polskie już nie szło[1].

            W tym czasie w Kijowie powstał rząd niby ukraiński[2], dużo wojska bolszewickiego zajęło to miasto i wiele innych. Petlura wiedział, że sam wojny z bolszewikami nie wygra, bo z jego dywizji tylko połowa została. Dużo było zabitych i rannych, wielu poszło do armii bolszewickiej. Nie wiem, z kim zawarł umowę, czy z naczelnikiem państwa Piłsudskim, czy z kimś innym[3]. Dosyć, że reszta jego dywizji[4] złączyła się z wojskiem polskim i razem zdobyto Kijów i dwie inne miejscowości. W Kijowie odbyła się defilada. Mieszkańcy, Polacy i Ukraińcy, witali żołnierzy z kwiatami, panowała wielka radość. Petlura ogłosił, że Ukraina będzie wolna i podobnież zaczął organizować swój rząd ukraiński.

Wspomnienia 1919–1920

Odcinek 6

Poszedłem i się zameldowałem. Plutonowy zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu i powiada, że tylko będę szkołę opóźniać. Odpowiedziałem, że nie, bo postaram się nadrobić to, czego pozostali już się nauczyli.

            Parę minut po ósmej była zbiórka w dwójkach. Wyszedł komendant szkoły, plutonowy wydał komendę: „Baczność!”. Żołnierze się poderwali, a podoficer rozkazał: „Na prawo patrz!”. Wszyscy zwrócili głowy, a w tym czasie plutonowy poszedł naprzeciw dowódcy i zdał raport: „Panie komendancie, stan szkoły 31, wszyscy obecni, gotowi do odmarszu na ćwiczenia”. Komendant podziękował, a plutonowy podał komendę: „W lewo zwrot, czwórkami naprzód marsz!". Po niej dwójkowi podskoczyli do przodu, powstały czwórki i pomaszerowaliśmy na plac ćwiczeń za miastem Przemyślem.

            Były tam wały obronne i wielkie błonie, równina nieorana i nieobsiewana chyba kilkanaście lat. Ta część Polski znajdowała się pod zaborem austriackim. Jedna trzecia część Polski, z miastem Krakowem, była pod zaborem austriackim, druga pod niemieckim, a reszta, z Warszawą, pod zaborem rosyjskim. Nie było jedności w Polsce, dlatego Polskę rozebrano i znajdowała się w niewoli prawie 123 lata. Ale wrócę się do ćwiczeń na tych błoniach porośniętych smugiem. Na razie nic nowego dla mnie nie było, jeżeli chodzi o ćwiczenia. Z karabinem obchodzić się już umiałem. Meldowanie i salutowanie na trzy kroki przed oficerem, gdy nadchodził, też już opanowałem.

Aleksander Pieńkowski

 Wspomnienia 1919–1920

Odcinek 7

 

Po południu zbiórka i znowu idziemy na plac ćwiczeń. Porucznik dał rozkaz ćwiczyć plutonami. Każdy wziął swój pluton i podeszliśmy do tablicy. Narysowane były na niej koła z numerami, w samym środku 12. Do tego celu strzelali wszyscy po kolei, a kto trafił, był bardzo dobrym strzelcem, ale mało się takich znalazło.

            Każdy żołnierz strzelał dwa razy. Gdy już wszyscy wystrzelili, porucznik spojrzał na zegarek i krzyknął: „Kompania na moją komendę zbiórka!”. Wszyscy ustawili się w dwuszeregu i stoją na baczność. Oficer zakomenderował: „Czwórkami odlicz!”. Żołnierze odliczali po kolei od prawego: raz, dwa, trzy, cztery i na komendę „w prawo zwrot” pierwsza dwójka robiła zwrot, a druga doskakiwała do niej. I już cała kompania jest w czwórkach, kierunek koszary marsz, a po drodze śpiew marszowych pieśni.

            Na drugi dzień poszliśmy na ćwiczenia. Do przerwy porucznik jak zwykle poszedł na wały na spacer, a my ćwiczyliśmy, aż dał się słyszeć gwizdek na przerwę. Jedni posiadali, drudzy spacerują, a ja poszedłbym w biady, ale nie ma amatora. Jednak wielu było ze stron zza Białegostoku, przeważnie chłopy duże, i katolicy, i prawosławni Białorusini. Jeden prawosławny mówi: „Żeby Pieńkowski chciał ze mną iść na biady, to jak ja bym go powalił, to on by długi czas się nie biadował”. Jeden, który to usłyszał, powiedział o tym plutonowemu Dobranowskiemu. Ten zaraz poszedł do tego osiłka i przyprowadził go do mnie. „Jak tego obalisz, cztery piwa w południe” – powiedział.

Wspomnienia 1919–1920

Odcinek 8

Zapukałem i wszedłem do mieszkania. Była tam Janka matka i młodszy brat, który miał może z piętnaście lat. Powiedziałem dzień dobry, a kobieta odpowiedziała. Pytam, czy zastałem Janka, a ona mówi, że go nie ma, jest na froncie. Stwierdzam, że to nieprawda, wiem, że on jest. Proszę, by go zawołała, a ona znowu powtarza swoje. Zwracam się zatem do chłopaka: „Idź i go zawołaj. Niech się nie boi. Powiedz mu, że przyszedł Pieńkowski”. Obejrzał się na matkę, ta kiwnęła głową, więc poszedł.

            Za jakieś pół godziny przychodzą obaj. Przynieśli dużego zająca, zaraz z niego skórę ściągnęli, mięso do garnka włożyli i już się gotuje. Na stole już nakrojony chleb, masło, herbata. Proszą, ażeby tymczasem chleb posmarować masłem, jeść i popijać herbatą, dopóki się zając nie ugotuje. Byłem nawet głodny, więc zaraz wziąłem się do jedzenia.

            Gdy zaspokoiłem głód, pytam Janka, jak to się stało, że we czterech z tej wioski wyjechali z batalionem na front, a są w domach. Powtórzył to, co już wcześniej słyszałem, że gdy pociąg wjeżdżał pod górę, powyskakiwali z wagonu. Było to wieczorem, ciemno – nikt nie zauważył. Przyszli do domów i na razie ich nie szukano. Powiedział, że na froncie ludzie giną, może już byłby zabity. A przecież sam widzę, że jego matka już jest stara, ojciec został zabity na wojnie austriacko-rosyjskiej. Bał się i dlatego uciekł.

            Mówię, że za dezercję z frontu też jest kara śmierci. Prędzej czy później żandarmi go złapią i pójdzie pod sąd polowy. Radziłem mu, żeby sam się zameldował, wtedy go nie rozstrzelają, bo dziś każdy żołnierz jest potrzebny. Mógłby się tłumaczyć, że chciał się pożegnać z ciężko chorą matką, a że sam się zameldował, to mu darują. Powiedział, że się zgłosi do swojej kompanii na froncie.

 Wspomnienia 1919–1920

Odcinek 9

 

Już na drugi dzień zbiórka całego batalionu marszowego. Po odebraniu raportu przez majora Repczyńskiego pomaszerowaliśmy na stację kolejową. Tam już stał gotowy pociąg. Wsiedliśmy do wagonów towarowych, a lokomotywa przeraźliwie gwizdnęła. Ludzi cywilnych naprzychodziło może około tysiąca na pożegnanie. Machali rękami. Przeważnie były to kobiety, niektóre płakały, bo wiedziały, że nie wszyscy, którzy dziś odjeżdżali na front bić się za wolność kochanej Ojczyzny, powrócą.

            Lokomotywa jeszcze raz gwizdnęła i ruszyła. Jechaliśmy zrazu wolno, a potem coraz szybciej. Tylko szczęk wagonów było słychać. Dojechaliśmy do pięknego miasta Lwowa. Jednak nie wolno było wysiadać z wagonów, krótki postój i jechaliśmy dalej, przez dużo mniejszych miast, do Tarnopola, na front, bić się z bolszewikami.

            Już wcześniej Petlura, widząc, że z jego dywizji została tylko połowa, a bolszewicy zajęli Kijów, zmówił się z polskim dowództwem i ze swoimi żołnierzami połączył się z wojskiem polskim. Razem uderzyli na bolszewików i zajęli Kijów. Wojsko polskie pierwsze wkroczyło do Kijowa. Dużo tam było Polaków z dawna zamieszkałych, więc razem Polacy i Ukraińcy z kwiatami witali wojsko polskie i ukraińskie. Na drugi dzień odbyła się defilada, na której był obecny marszałek Piłsudski i generał francuski Weygand, generał Józef Haller i dużo innych oficerów, a także ataman Petlura.

Aleksander Pieńkowski

Wspomnienia 1919–1920

Odcinek 10

 

Co do porucznika nie myliłem się: „Pieńkowski, weź dwunastu ludzi i idź pięćset metrów stąd. Dwóch wystaw na czujki, tak żeby jeden od drugiego stał o 150 metrów. Jak coś który zauważy, niech zaraz tobie melduje, a ty posyłaj żołnierza do mnie”. Powiedziałem:  „Rozkaz!" i wywołałem dwunastu, których dobrze znałem. Stoimy już na boku, a cała kompania obsadza się wzdłuż toru kolejowego, przy którym trochę niżej rosły krzaki dzikiej róży.

            Idę pierwszy i krokami odliczam 500 metrów. Tu zostawiam dziesięciu, a biorę dwóch i prowadzę jeszcze 200 metrów. Zostawiam jednego, a z drugim odchodzę w bok 150 metrów. Obu przykazuję, żeby broń Boże który się nie położył, bo zaraz uśnie i kto wie, co mogłoby się stać w tym czasie. Wszyscy byli tak bardzo zmęczeni całodziennym marszem, że gdy wróciłem do swojej placówki, jak było dziesięciu żołnierzy, tak wszyscy spali. Nie budziłem ich. Sam gdybym się położył, to też bym usnął, tak straszne było zmęczenie odstępowaniem przez prawie 20 godzin bez przerwy.

            Nasz artyleria prawie co pół godziny słała pocisk do bolszewików. Po jakiejś godzinie  bolszewicka zaczyna strzelać bez przerwy. Nasza też strzela, tylko pociski się krzyżują z gwizdem nad nami. Jednak po kolejnej godzinie już nasza artyleria ucichła, a bolszewicka jeszcze strzela, ale rzadziej. Nareszcie z obydwu stron z armat już nie strzelają i robi się cicho. Klęczę i zastanawiam się, co ta cisza oznacza. Czuję, że coś się musiało stać.

            Już kilku w mojej placówce nie śpi, więc posyłam jednego do kompanii. Powiedziałem mu, żeby zaraz wracał, ale minęła prawie godzina, a jego nie ma. Budzę wszystkich i mówię im, że żołnierz powinien już wrócić, a nie wrócił i że broń Boże, żeby któryś się położył, a sam z jednym żołnierzem idę do kompanii dowiedzieć się, co się stało. Idziemy co sił, bo czuję, że będzie źle. Przyszliśmy. Żołnierze wszyscy śpią. Idziemy dalej, gdzie kończy się linia śpiących, a leżą nosiłki, co się przenosi rannych, a dalej szpulka drutu telefonicznego... i koniec. Temu, co mi towarzyszy, mówię: „Tu karabin zostaw i biegiem leć po placówkę. Tam niech drugi zdejmie czujki, a ty trochę odpoczniesz w tym czasie i potem co sił wracajcie. Będziemy na was czekać”.

Wspomnienia 1919–1920

Odcinek 11 (ostatni)

Niedaleko na prawo był las. Skierowałem się do niego i ze mną sześciu żołnierzy. Gdy szliśmy lasem, natkneliśmy się na prostą linię przecinki, która skręcała nieco w prawo, i trzymaliśmy się jej. Naprzeciw nas pojawiło się pięciu naszych żołnierzy na koniach. Pierwszy jechał kapral. „Stać! Gdzie idziecie?” – zawołał. Mówimy, że do tyłu, by szukać swojej kompanii. „Tam już nie ma żadnych naszych wojsk. Idziecie na bolszewików. Zawracać razem z nami!” – zakomenderował. Idziemy więc razem tą linią z powrotem, a kapral pyta: „Z jakiego wy pułku?”. Mówię, że z 53. pp, z kompanii technicznej. „A ona gdzie stoi?” – dopytuje. Odpowiadam, że nie wiem, gdzie się wycofali. „Dowiemy się po telefonie” – informuje kapral.