„Małżeństwo Zazy” - czyli dalszy ciąg „Córki” Izabelli Lutosławskiej-Wolikowskiej

Małżeństwo Zazy - Izabella Lutosławska (okładka książki)

„Małżeństwo Zazy” – czyli dalszy ciąg „Córki” Izabelli Lutosławskiej-Wolikowskiej

„Małżeństwo Zazy jest powieścią niezwykłą. Daje wierne wizje codziennej rzeczywistości, ale zarazem odsłania poza pozorami doczesnego życia grozę i majestat sił duchowych ustawicznie czynnych”.                                                                                                                                                                  

W. Załęski

 

Barwną bohaterką powieści „Córka” Izabelli Lutosławskiej jest Zaza. Powieść, o której dyskutowano w całej Polsce, kończy się nieszczęśliwie dla bohaterki – jej narzeczony, Zbigniew, zostawia ją, kiedy dowiaduje się o wcześniejszej „przygodzie” Zazy.  Ku zadowoleniu, zaciekawionych bardzo i poruszonych finałem powieści czytelników, autorka pisze ciąg losów Zazy – ukazują się kolejno książki: „Małżeństwo Zazy” i „Państwo Bobrowscy”.

Małżeństwo Zazy

(pisownia oryginalna)

I

Mąż

Zaza usłyszała chrapliwą trąbę samochodową. Zaraz pomyślała, że rodzaj gniewu, jaki budzi w niej ów odgłos, stale zwiastujący powrót męża do domu, jest swego rodzaju rozrywką.

– Bywają lepsze rozrywki, ale naprawdę mnie ta szermierka z nim bawi.

Do pokoju wszedł szczupły mężczyzna, a ona uśmiechnęła się. Przypomniała sobie, że gdy go poznała, wydawał jej się podobny do wuja Kalinowskiego, którego widywała w rodzinnej Różance u Barskich.

„Ależ wuj Kalinowski był wytworny, a Ludwik tylko ubiera się u najlepszego krawca. Przecież to stanowi wielką różnicę. Jej mąż też ma twarz przedwcześnie pooraną zmarszczkami jak i tamten, ale te zmarszczki szpecą go. Mówią o jakiemś użyciu gwałtownem, nierozłożonem na długie pokolenia... Zresztą, to wszystko byłoby obojętne, tylko Zaza czuje się czasem znudzona. A wówczas potrafi mówić bez najmniejszych skrupułów rzeczy przykre i sytuacja się zarysowuje aż nadto wyraźnie. Nigdy żadnej sceny między nimi nie było, ale mówili już sobie rzeczy, które innych ludzi mogłyby doprowadzić do wzajemnej nienawiści.

– Czekam na samochód od godziny, obiecałeś wrócić o szóstej.

III

Przeszłość Ludwika

Ludwik Białkowski dorobił się dużego majątku w okresie przełomowym, w tym samym czasie, powojennym, od 1918 r. – w którym inni tracili całe fortuny.

Były mu przeznaczone pieniądze i nie było takiej okoliczności, w którejby mu nie szły w rękę. Zaczęło się od gry na giełdzie. Miał po ojcu i po zlikwidowanym sklepie kolonjalnym kilkanaście tysięcy marek, które bez najmniejszych obaw rzucił w akcje. Po pół roku zyskał już kilkaset tysięcy marek, a choć to nie było jeszcze dużo, bo zaledwie nędzne parę tysięcy dolarów, jak stwierdzał sobie codzień, zdecydowało jednak o całym dalszym losie. Gdy wygrał raz, drugi i trzeci – wiedział już, że tą drogą, a nie inną, pójdzie całe jego życie. Odtąd wszystko poszło w tempie błyskawicznem. Nigdy nie stracił ani grosza, grając na giełdzie, zawsze wykupił tanio akcje, które zaraz potem szły wysoko  wgórę, kilkakrotnie powiększając zapas jego gotówki. A gdy już grał na giełdzie, jak na fortepianie,  pomyślał, że to wszystko jest jednak za mało, i wówczas – przyszła inwazja.

Był wtedy bardzo skromnym młodym człowiekiem, bez żadnego wyższego wykształcenia, synem drobnego kupca z narożnego sklepu kolonjalnego. Nikt ze znajomych ojca i spośród nowych przygodnych jego znajomych nie podejrzewał, widząc go włóczącego się po kawiarniach i kinach, że on ma już zapas pokaźny pieniędzy i że czuje się człowiekiem wolnym. Namawiano go nieraz na szukanie posady, co nie było trudnem, bo organizowano właśnie aparat urzędniczy w państwie. Ale on wzdrygał się na myśl o zależności i obowiązku stałym – bez wagi i ołówka. Gdy był dzieckiem a potem chłopcem pomagającym w sklepie, nic go tak nie bawiło i tak nie podniecało, jak ważenie produktów w torebkach i leciutkie, nieszkodliwe, ale stałe niedoważanie. Ten nałóg wagi zastąpił później nałóg cyfr i ołówka; potrafił godzinami kreślić kalkulacje, sumując, obliczając, podniecając się tą kulą śniegową, rosnącą zawrotnie, jaką jest pieniądz w ręku handlarza.

V

Przed Wilją

Dzień Wilji byt zaśnieżony.

Minęło pięć lat od Wilji spędzonej przez panią Barską w szpitalu spowodu operacji Zazy. Od owego czasu zawsze w te dni rozpamiętuje przeszłość. Zdaje się jej, że ma już tak mało lat przed sobą, iż wszystko, co jest poza nią, nabiera ceny podwójnej.

„Wymarzona gwiazdka dla wnuków” – myśli pani Barska, patrząc przez okno na wielkie płatki śniegu. Ludzie niosą w pośpiechu choinki, małe i wielkie, a śnieg je zdobi odrazu, nieraz piękniej, niż je ozdobi za chwilę ręka ludzka.

Pani Barska nie ma wnuków i cierpi nad tem: „Zaza byłaby szczęśliwa, gdyby miała dzieci, choć tego nie rozumie.”

Dziś wielka choinka stoi w pokoju, który był dawniej gabinetem pana Barskiego. Daremnie Zaza w ubiegłych latach upominała się o to, by ją postawić w salonie, bo jest większy i ma lustra, w których się światło odbija.

– T a m  u m a r ł  o j c i e c – powiedziała szeptem pani Barska, i choć Zaza nie rozumie związku między choinką a ojcem, nie nalegała, bo właściwie cała Gwiazdka mało ją obchodzi.

Tu w gabinecie, gdzie godzinami samotnie przebywał mąż ciężko chory – pachnie dziś sosną, najtkliwszym z zapachów.

VII

Człowiek południa

Panieństwo Zazy nie upłynęło jej wcale tak szybko, jak obecne trzy lata po ślubie. Po ciężkim ciosie, gdy Zbigniew Bobrowski zerwał narzeczeństwo, nie mogąc znieść wiadomości o przygodzie Zazy z malarzem, teraz miała wrażenie, że odpoczywa i odradza się.

Żadnych zagadnień, uczuć, napiętej ambicji, ani rozterek, teraz rozwijało się – w jej pojęciu – poprostu życie.

Kobieta wogóle łatwo przywyka do zbytku, ma poczucie, że jest do niego stworzona – a Zaza nie–tylko czuła się stworzona do zbytku, ale wiedziała dawno z niezachwianą pewnością, że zbytek się jej należy i że go zdobędzie. Oddychała więc teraz atmosferą zbytku w swem życiu, jakby najczystszem powietrzem. Miała silną wolę, nie rozmyślała nigdy nad przeszłością i naogół było jej bardzo dobrze.

Tylko że tegoroczna zima, jak powiedziała niedawno Ludwikowi, nie zapowiada się jej równie dobrze, jak dwie ubiegłe.

Ma mniejszą werwę – przypisuje to usposobieniu matki, bo choć widuje ją rzadko – Zaza ma ciągle coś pilnego do zrobienia na mieście – a myśli o niej mało, jednak matka jest jedyną pozycją w obecnem życiu Zazy, z którą ona się wbrew sobie nawet liczy. A matka była ociężała tego roku i zgaszona. Nie chciała jechać w lecie z Ludwikiem i Zazą nad morze.

– Zimno mi – mówiła w lipcu – zostanę w domu.

Została całe lato na Bagateli sama, a gdy Zaza z mężem wrócili w końcu września z Wiednia, przywitała ich z westchnieniem ulgi.

IX

Namiętności

Gdy sekretarz wszedł do salonu, gdzie Zazy jeszcze nie było, rozejrzał się pobieżnie, by zdać sobie sprawę ze stopy jej życia. Dyplomaci europejscy mają wrażliwość na smak rzeczy, prawie tak wielką jak na pieniądze...

„Burżuazja – pomyślał odrazu, nie wiedząc o Zazie dotąd nic prócz tego, że jest zachwycająca i że spotkał ją kilkakrotnie w salonach dobrego towarzystwa. – Tem lepiej, to jest sfera, w której najmniej bywa skrupułów. Ale ona sama musi być z jakiegoś arystokratycznego domu, to jest dama! Pomimo tych oczu wyzywających. Ach, jak ona patrzy, ta kobieta”.

Nie mógł bez wstrząśnienia fizycznego wspomnieć jej spojrzenia. Twarz dziecka, ale oczy pełne wiedzy o miłości! I pełne woli skierowanej uparcie na podbój mężczyzny. Oczy kochanki – tchu brakło, gdy się w tem szafirowem spojrzeniu utkwiło wzrok.

Właśnie weszła Zaza ubrana skromnie w sukienkę koloru wiśniowego, właściwą na wczesne popołudnie. Była różowa w tej sukni i tę różowość uwydatniały duże perły na szyi nagiej, nieosłoniętej żadnym kołnierzykiem u sukni.

„Cóż prostszego – przeszło przez myśl cudzoziemcowi – jak pochwycić ją teraz w ramiona i mieć. Jaka wyspana, jaka rozkoszna – po całej nocy przetańczonej. Młoda, chyba znacznie młodsza ode mnie...”

Ale w kroku Zazy, w jej podniesionej głowie było coś, pomimo frywolnego uśmiechu – co kazało mu przywitać ją ceremonjalnie.

– Jestem szczęśliwy – mówił i całował obie jej ręce, nisko pochylając głowę – że pozwoliła mi pani przyjść dziś. Jestem chory... chory z miłości.

XI

Żywioł

Tak się złożyło, że wyjazd Zazy zagranicę odkładał się z dnia na dzień. Okazało się bowiem, że kupno Różanki przez Białkowskiego staje się aktualne, i zaczęły się na ten temat narady. Najspokojniejszy był Ludwik: objekt był dobry i można było przytem zrobić przysługę czarującej kobiecie. Rzecz jest prosta. Ale pani Barska i Zaza przechodziły, od chwili gdy decyzja stawała się kwestją dni czy godzin, swego rodzaju gorączkę.

Pani Barska, usłyszawszy od Zazy nowinę, momentalnie dostała wypieków. Chciała tyle rzeczy ważnych wypowiedzieć jasno, a wiedziała, że nie można, spuszczała więc wzrok, by nawet w jej bezwładnej rozpaczy Zaza nie zobaczyła wspomnień przeszłości, i tylko powtarzała:

– No, ale jak? Ale – jak? Cóż poczną Stefan i Anna? Jak to będzie? Nie rozumiem.

– A, moja mamo, to już nie jest nasza rzecz.

Chciała dodać, że też nie było rzeczą Stefanostwa, gdy one obie przez całe lata w upalne miesiące pozostawały na Hożej, ale zatrzymała się. Kontrast między tem, co było, a tem co jest, należał do tematów nietylko unikanych, ale błyskawicznie przez Zazę wypłaszanych z własnej głowy.

– Zresztą wiesz, że oni i tak nie mogą się utrzymać, Różanka nie jest już właściwie ich własnością, a przy tej kombinacji Ludwik chce im coś uratować. Więc to jest swego rodzaju dobrodziejstwo.

– No, tak, no tak, ale jakże...

„Co za los – myśli pani Barska. – Przecież Różanka, choć to były dawne dzieje, jest ramą, rodzajem złotej ramy, w której Zaza doznała szczęścia. Potem szczęście uciekło, a ona chce tej pustej ramy? Zapomniała, co ją tam spotkało? Czy pana Zbigniewa Bobrowskiego można tak zupełnie zapomnieć? Boże!”. Pani Barska widzi go przed sobą i wie, żeby go kochała jak syna, jak rodzonego syna. Ludwik nie jest zły i jest Zazie oddany – ach, ale co za różnica! Zaza potrafi kochać głęboką miłością. Pani Barska wie coś o tem, ona sama – żyje jeszcze uczuciem dla zmarłego męża. Zaza wyszła dobrze zamąż i pani Barska nie ma o nią specjalnych obaw, małżeństwo z rozsądku po takim ciosie, jaki spotkał Zazę, jest jedyną rozumną rzeczą. Ale jakże to może być? Czyż nad głęboką miłością można było przejść do porządku? Czy to się nie zemści? Czy to się uda?

Takie myśli wypełniały duszę pani Barskiej, a nie mogła żadnej z nich podzielić z Zazą. Była bardzo zmartwiona.

– I wybyście tam mieszkali? – pyta niepewnie.

XIII

Rozterki

Po powrocie z Różanki Zaza, może pierwszy raz w życiu, nie była zdecydowana, jak postąpić co do kupna majątku i co powiedzieć Ludwikowi, zanim zapadnie ostateczne postanowienie.

Z jednej strony nurtowała ją żywiołowa chę zdobycia Różanki na własność. Zbigniew Bobrowski od kilku lat już nie mieszkał w Romanowie sąsiadującym z Różanką, przeniósł się do drugiego odziedziczonego majątku w zupełnie innych stronach. Zresztą żadna myśl z nim związana nie wchodziła tu w grę, bo Zaza wogóle o nim nigdy od wielu lat nie myślała. Tak sobie postanowiła w pewną straszną noc majową i przez długie miesiące nie by zdolna tego wykonać, ale wreszcie przyjęła za prawidło.

– Ja nie jestem podobna do mamy. Jak nie chcę o czem myśleć, to nie myślę – powiedziała sobie kiedyś Zaza i mówiła prawdę. Otóż stwierdzała teraz, że gorączkowo pragnie Różanki, lecz widok, jaki tam zastała – ochłodził znacznie jej zapał. I to wywoływało rozterkę.

XV

„Po damsku”

– Życie moje od kilku miesięcy się zmieniło – mówiła Zaza do Marynki w jednej z rzadkich chwil, gdy dom był bez gości i same nie śpieszyły w sąsiedztwo.

– Co ty mówisz? – zawołała żarłocznie Marynka.

Jedyną dziedziną, w której czuła szybki ruch myśli, to była dziedzina przygód, czy miłostek. Ileż one miały z Zazą wspólnych rozważań na ten temat! I jakie ta Zaza ma interesujące życie, pomimo że napozór nic się z nią nie dzieje, trwa przy mężu, a nawet chyba go nie zdradza.

– Powiedz, powiedz, co to jest? Właśnie widzę, że jesteś trochę zmieniona.

– Ach, więc to znać?

– Niby co? – Marynka była zaskoczona i doznała zawodu. „To znać” mówi się o kobietach przy nadziei. Czyżby Zaza... niesłychana rzecz!

Zaza z wyrazu zaskoczenia na twarzy przyjaciółki zrozumiała, co jej się roi.

– Ach ty! – zaśmiała się swym srebrzystym, niedbałym głosem – chodzi o rzeczy daleko ważniejsze. 

– Zakochałaś się?

XVII

Z pielęgniarką

Wieczorem niespodziewanie pani Barska kazała przez Stefcię prosić Zazę, żeby nazajutrz rano do niej przyjechała. Zaza zdziwiła się, ale zaraz odruchowo zatelefonowała do sekretarza. Prosiła, dziś niech nie przychodzi. I doznała nieokreślonej ulgi: tempo tego dnia było szalone, czuła zmęczenie...

Nazajutrz zaniepokoiła się nagle o matkę.

– O co to, Stefciu, chodzi? – pytała przez telefon od rana.

– Pani starsza czuje się trochę niezdrowa i – dlatego.

– Leży? – Zaza wiedziała, że matka, nawet będąc chora, lubiła chodzić i nie poddawać się.

– Leży i uważam, że jest mizerna.

– Tak? To niedługo przyjadę.

– A możeby odrazu doktora? – delikatnym głosem zaproponowała Stefcia.

XIX

Wśród drzew

Po wielu dniach, w których zdrowie pani Barskiej wahało się tak, jak waha się światło w lampie gaszonej silną ręką – oczywiste było, że chora umiera.

Ale, jak często bywa, zbiegło to się jednocześnie z lepszem usposobieniem Zazy i okruchami nadziei u obojga. Nawet Ludwik pomyślał, że może nastąpi przesilenie, skoro chora trzyma się tak długo. Wieczorem oboje odjechali.

Zaza była wyczerpana śmiertelnie kilku nocami spędzonemi u matki, i dała się namówić na powrót na noc do domu, bo upadała ze zmęczenia. Pielęgniarka, pomimo wyraźnego zakazu Ludwika, też opuściła pokój chorej. W jej pojęciu nie powinno się sprzeciwiać osobie, która jest umierająca, a pani Barska aż złożyła obie spuchnięte ręce, prosząc ją, by poszła się przespać w odległym pokoju, bo chciała dziś mieć Stefcię przy sobie. I Stefcia z nią została.

Przez całą noc nie spały obie. Stefcia siedziała sztywno na krzesełku, nie zdrzemnęła się ani razu, drobna, mała, a w duchu niezmordowana.

Kilkadziesiąt razy w ciągu nocy wstawała, zbliżała się do chorej, poprawiała poduszki w sposób tak delikatny i zręczny, że pani Barska za każdym razem doznawała pewnej ulgi, potem siadała znów, składała ręce i nawet wzrokiem starała się nie niepokoić swej pani. Ale od czasu do czasu musiała jednak z obowiązku przyjrzeć się twarzy, majaczącej w słabem świetle zasłoniętej lampki. A gdy wyraz tej twarzy wydał jej się inny, choćby niedostrzegalnie zmieniony, wówczas pochylała się tuż nad chorą i, mając krótki wzrok, prawie dotykała jej czoła.

XXI

Żałoba

Zaza w kilka dni po śmierci matki poszła na Bagatelę do mieszkania, w którem jeszcze pozostawała Stefcia.

Idąc, rozmyślała nad tem, że przecież widywała matkę prawie codzień, zdawało jej się, że zna ją nawylot, że żadnej tajemnicy przed córką nie miała – wszak Zaza spędziła całe 25 lat swego życia przy matce prawie nieustannie – że wszystko, związane z panią Barską, było naturalne... a teraz, w żałobie, jest inaczej.

Zwykle bywa tak, że śmierć dopiero ukazuje sposób prosty na te stosunki ludzkie, które człowiek w zawziętości czy ciasnocie – czyni zawiłemi; ale tu było naodwrót.

Cała prostota, swoboda stosunku do pani Barskiej zginęła nagle, i Zaza czuje zawiłość w każdem drgnieniu myśli, które dotyczy zmarłej matki. Boli ją, może więcej od samej nieobecności zmarłej – owa rozległa, skomplikowana dziedzina stosunku do matki, która się przed nią teraz otworzyła.

„Jakie to wszystko trudne – myśli Zaza – mama kiedyś mi powiedziała w najcięższej chwili mego życia, że miłość jest trudna. Ależ właściwie trudna jest dopiero śmierć”.

XXIII

Oświadczyny

Hrabia Ostałło przechodził okres wzruszeń, które jego samego dziwiły i prawie niepokoiły. Nie widział Zazy od paru tygodni i właśnie teraz zdał sobie sprawę, do jakiego stopnia męczy go pragnienie obecności Zazy, gdy jej nie widzi. Wogóle wzruszenie jest to rzecz granicząca z niesmakiem, a już w dziedzinie erotycznej znał tylko podboje, trwające dłużej lub krócej, ale nigdy nie połączone z żadną rozterką.

Był wychowany w tem środowisku nieomylnem, w którem jeśli się mówi o ojczyźnie, to tonem opiekuńczej wyższości, a jeśli o kobiecie, to z zupełną pewnością powodzenia.

„Czy ona mnie zechce?” – nigdy w stosunku do żadnej kobiety zapytanie takie nie przechodziło przez myśl właścicielowi dziewięciu folwarków, pałacyku w Warszawie i wielu innych przedmiotów zbytku.

XXV

„Ojcowizna”

Adwokat przedstawił właśnie Ludwikowi stan interesów ś. p. pani Barskiej.

Ludwik żegnał się pogodnie.

– Moje uszanowanie – mówił – moje uszanowanie.

Opuściwszy posępny gabinet mecenasa, czuł lekkie podniecenie. Zaspokoił swą ciekawość co do sumy spadkowej. Nie była ona tak wielka, jak się spodziewał, lecz każda poważniejsza ilość pieniędzy, spadająca mu do kieszeni nagle (jak spadała nieraz w ryzykownych tranzakcjach) napawała go wciąż radością dziecinną, świeżą.

– To jest chwila odpowiednia – mówił sobie w słoneczny dzień kwietniowy, wracając ulicą Bracką do domu, – aby zajść do „swej metresy”, ucieszyć ją jakimś nowym prezentem i dać poznać swą życiową wspaniałość.

Zaśmiał się. Nie – on nie ma metresy. Lekceważył sobie tych panów – nielicznych już, przedwojennych – którzy w klubie czy restauracji opowiadali sobie o „swych metresach”. „Snobizm, i to najgorszy w moich oczach, bo na temat czegoś, co nie może być wyrachowaniem, tylko jest żywiołem. Do licha! Trzeba mieć choć jedną dziedzinę, w której się nie rachuje i nie myśli o cyfrach...”.

XXVII

Otwarta trumna

Bogata trumna, ozdobiona srebrem, stoi w salonie na wysokiem podniesieniu.

Odbija się w lustrach niedbale zasłoniętych czarnemi kirami, błyszczy, jak odbijała się i błyszczała często w tym pokoju strojna postać Zazy – w sukni wieczorowej – śpiesząca gdzieś na zabawę. Wieleż to razy Ludwik patrzał w tem właśnie miejscu z zachwytem na nią i myślał sobie, że w niej, jak w lustrach, w których ją widzi, jest ciągły ruch i nieustanna zmiana! Że ona wypełnia sobą coś więcej, niż przestrzeń fizyczną, i to daje oślepiające wrażenie pełni i powodzenia. Tak myślał nieraz i patrzał na nią, nigdy nie mogąc dość się nadziwić, choć wiedział, że ona go nie kocha, i choć sam nie był zdolny skupić na niej swych uczuć.

Na otwartą trumnę, w której leży zmarły, nikt nie patrzy w tej chwili i nikt nie podziwia wieńców, kwiatów, świec i całego aparatu wyraźnie zaznaczającego się już pogrzebu „pierwszej klasy”.

Drzwi pootwierane, błoto na perskich dywanach, obcy ludzie, chodzący tam i spowrotem, czyniący naumyślnie przeciąg, zamęt i pozór pośpiechu wokoło doskonałej nieruchomości trupa...